Hanoi, Wietnam !

 No i wreszcie upragniony Wietnam, wyczekiwany przez tyle miesięcy.  Ponad 20 godzin lotu, ponad 10 tysięcy kilometrów… a tu deszcz i to na dodatek w stolicy!! Świetne powitanie - taki szczęśliwy byłem:



Przyznam, że deszcz pokrzyżował nam plany, musieliśmy skrócić zwiedzanie. Moje ulubione buty nadają się teraz do kosza, ale wspomnienia, prawda? Oczywiście ironicznie żartuję. Miasto jest niezwykle lokalne, drzewa wyrastające po bokach ulic tworzą niesamowity klimat, a mini restauracje na każdym kroku są jak wisienka na torcie tamtejszego klimatu.

















Przez te pare godzin udało nam się zobaczyć wystarczająco, jak na osoby ledwo żyjące. 

Najciekawsze jak dla mnie było Jezioro Hoan Kiem oraz Wieża Żółwia. Jest to sława Hanoi. Duże jezioro, na środku którego jest mała wysepka z wieżą. W internecie wyczytałem, iż ów sławny żółw to staruszek, mający ponad 100 lat! Jest on symbolem niepodległości Wietnamu.


Nie wiem na ile jest to miejska legenda, ale brzmi ciekawie.  Mówi ona o  przywódcy powstania Le Loi, który wypędził chińskich najeźdźców magicznym mieczem otrzymanym od mieszkańca jeziora Ho Hoan Kiem – potężnego żółwia.




 Kiedy już jako zwycięzca przywódca poszedł nad jezioro, żółw zażądał zwrotu miecza (stąd nazwa – Jezioro Zwróconego Miecza) zanurzył się z nim głęboko w wodzie i ukrył do następnego razu, kiedy Wietnam znów będzie potrzebował obrony.

Żółw mieszkający w jeziorze ma ponad 200 kilogramów i jest jednym z czterech ostatnich osobników tego gatunku. Jest niezwykle ważny dla Hanoi. Sam z resztą nie wiem, czy przez swoją rzadkość, czy przez symbolikę powstania (taki postkomunistyczny żart).

Ostatnio żółw przechodził ciężkie chwile, dla chętnych - BBC
























Przed żółwiem odwiedziliśmy jeszcze mauzoleum Ho Chi Minha oraz rewolucyjne muzeum noszące również nazwę po wiecznie żywym założycielu i przywódcy – premiera, później prezydenta Ho Chi Minha. W mauzoleum znajdują się jego zwłoki, a raczej mumia – taki wietnamski Lenin. Niestety nie miałem okazji się poznać, gdyż akurat było zamknięte…
















Po drodze trafiliśmy na ambasadę naszej ukochanej Polski! 

Aby ukryć się przed deszczem poszedłem na swoją pierwszą, prawdziwą wietnamską zupę Pho, oczywiście się zakochałem!! Ale do Pho jeszcze wrócę. Pho zasługuje na osobny artykuł.

 Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz więcej, daj lajka :) 

Buźki! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Skomentuj!